Crossfit Open okiem Kamila

Crossfit Games Open nazywany jest przeze mnie „Karnawałem Crossfitu”. Jest to szczególny czas dla każdego pasjonata tego sportu. Formuła open’ów polega na tym, iż w każdym tygodniu dodawany jest trening, który wykonują wszyscy zawodnicy – począwszy od Richa Froninga skończywszy na amatorach wykonujących WODy dla zabawy i ogólnej sprawności. Jest to świetny sposób aby porównać się z najlepszymi zawodnikami na świecie, a także sprawdzić na jakim się jest poziomie na tle swoich kolegów/koleżanek z boxa. Mamy do wyboru dwie opcję: RX (as prescribed) i skalowaną, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

No dobrze, ale niektórzy powiedzą – a do czego mi to potrzebne? Udział w Open nie jest oczywiście obowiązkowy i jak ktoś bardzo nie chce brać w tym udziału to nie musi. Ta impreza – jeśli tak to można nazwać – daje jednak wszystkim fanom CrossFitu niecodzienną możliwość zmierzenia się z najlepszymi na świecie. Wiadomo, że Games’y to zaledwie znikomy procent całego CrossFitu, a sport ten został stworzony w zupełnie innym celu – abyśmy wszyscy byli sprawniejsi, byśmy się fizycznie rozwijali i przez to zadbali o nasze zdrowie. Większość z nas, trenujących CrossFit nigdy nie pojedzie na Games’y, nie dostanie się na Regionalsy – to imprezy dla najlepszych. Ale czemu nie mielibyśmy poczuć tej atmosfery? Wiadomo, że nasze wyniki będą wielokrotnie gorsze od rezultatów osiąganych przez elitę tego sportu – ale nawet robiąc trening 17.1 w wersji skalowanej będziemy mogli sobie uświadomić, co czuje taki Fronnig wykonując ten trening na Rx’ie i na maksymalnej intensywności.
Tak naprawdę w Open nie chodzi o to by przekonać się o tym jak wiele mi brakuje do Froninga, Frasera czy Bailey’a. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał, że naszym rywalem jesteśmy my. Że każdy trening to walka z samym sobą. A o to by ta walka nie była ani łatwa, ani równa zadba Mr. Dave Castro.

Treningi Open zawsze należą do tych najcięższych. Zawsze są traktowane jako benchmarki, które pozwalają nam sprawdzić nasz progres, a także budzą nasze przerażenie. I o to w tym wszystkim chodzi. Pewnie, że można zrobić sobie taki trening we własnym zakresie bez zapisywania się na Open, jednak dużo więcej satysfakcji daje ukończenie treningu (najczęściej ostatkiem sił) i wpisanie wyniku do oficjalnego rankingu. Znalezienie swojego nazwiska na liście zawodników Open jest bardzo fajnym uczuciem, choć w większości przypadków trzeba sporo „scrollować” żeby się na tej liście odnaleźć.

Treningi Open mają jeszcze to do siebie, że naprawdę nas mobilizują. Mechanizm jest prosty – skoro już wybuliłem na tę niewątpliwą przyjemność tyle kasy to nie może być wstydu – i niejednokrotnie jedno podejście do WODa nie wystarczy. Bo kończąc mamy np. świadomość, że gdybym w sumie przy drugiej rundzie wziął trzy oddechy zamiast pięciu, olał nacieranie rąk magnezją między 9 a 10 pullupem plus odpuścił poprawianie zacisków to może bym jeszcze urwał z 5 sekund.
Warto zapisać się na Open i spróbować swoich sił. Poczuć dodatkową dawkę motywacji i jeśli się przyłożymy połechtać własne ego. Także w wersji skalowanej – bo wierzcie mi łatwiejsza to ona jest tylko teoretycznie. W zeszłym roku nawet przy skalowanych WODach często przydawało się wiaderko.

Autor: Kamil Kaczmarczyk